-43%

Dla ciebie wszystko – ebook


Zobacz fragment (.epub)

Zobacz fragment (.mobi)

  • Wydawnictwo: Mazowieckie
  • Autor: Katarzyna Michalak 
  • FORMAT: MOBI/EPUB
  • ISBN: 978-83-951992-8-8

19,90  34,90 

Ania Kraska, która jako dziesięcioletnia dziewczynka przybyła na Jabłoniowe Wzgórze, jest już dorosłą kobietą.

Z oddaniem służy innym, wykonując zawód lekarza. Gdy w szpitalu znajduje czteroletniego, porzuconego przez matkę chłopca, jest gotowa poświęcić wiele, byle tylko mu pomóc.

Gdy młoda pani doktor spotka na swej drodze Daniela van der Welta, genialnego hakera i łamacza kobiecych serc, nie wie, jak wielki wpływ mężczyzna ten będzie miał na jej życie. Losy Ani i Daniela splotą się w tej opowieści o nadziei, poświęceniu dla drugiego człowieka i miłości w niezwykły sposób.

Lecz czy te uczucia wystarczą, by powiedzieć i usłyszeć „dla Ciebie wszystko”?

FRAGMENT POWIEŚCI

Co czuje mały, czteroletni chłopczyk, którego mama przywozi do szpitala? Strach. Już raz był w szpitalu. Wie, że będą zadawać mu ból. On będzie jęczał cichutko, a mama się popłacze, głaszcząc go po głowie i obiecując szeptem, gdy ludzie w fartuchach będą mu wbijać grubą igłę w rączkę, że to jeszcze chwilka, jeszcze troszkę musi wytrzymać i wszystko będzie dobrze.

Ale nie było.

Z dnia na dzień chłopczyk był coraz słabszy i słabszy, choroba coraz potężniejsza, aż w końcu usłyszał słowa, od których ścisnęło się jego czteroletnie serduszko:

– Musimy jechać do szpitala.

Przypomniał sobie tamten ból i poczuł strach. Zaczął błagać mamę i przyrzekać, że będzie więcej jadł. I nie będzie marudził podczas łykania lekarstw. Wszystko był gotów obiecać, byleby tylko mama nie zawiozła go z powrotem w tamto straszne, obce miejsce, gdzie znów będą mu wbijali grube igły w jego chude ramionka.

Ale wtedy chłopczyk nie wiedział jeszcze, co to prawdziwy strach i prawdziwe cierpienie…

Za pierwszym razem wytrzymał dzielnie wszystkie zabiegi i wrócił z mamą do domu. Do ich malutkiego, ciemnego mieszkanka, po którego ścianach pięła się pleśń, bo zimą było tu zimno, a latem wilgotno. Do ich biednych, wysłużonych sprzętów, bo na nowe nie było stać spracowanej, zaszczutej przez los dziewczyny, wychowującej samotnie synka. Do swojego własnego łóżeczka, z którego właściwie już wyrósł, ale na nowe wciąż nie było pieniędzy. O czym mały chłopczyk nie wiedział. Nie wiedział, że powinien chodzić w ładnych, nowych ubrankach, mieć rowerek, mnóstwo samochodzików i całe pudło klocków Lego – bo jego ojciec mógł sobie na to wszystko pozwolić, ale mama już nie… O wielu rzeczach wtedy jeszcze czteroletni Piotruś nie miał pojęcia, bo Dorota, jego matka, starała się chronić synka przed całym złem tego świata.

Nie uchroniła go jednak przed podstępną, straszną chorobą.

Za drugim razem malec tak samo ściskał ją za rękę, gdy niosła go do gabinetu zabiegowego, a potem jeszcze mocniej, gdy pobierali mu krew do badań. Znów nie krzyczał, tylko pojękiwał cichutko i żałośnie. Potem siedział wtulony w matkę, gdy czekali na wyniki badań. Wszystko się zmieniło, gdy wyszedł do nich doktor z plikiem wydruków, omiótł nieprzyjaznym spojrzeniem zabiedzoną, skuloną na krześle młodą kobietę – byłaby nawet ładna, gdyby zadbała o siebie i nie przywoziła dziecka do szpitala podpita, na miłość boską! – i rzekł krótko:

– To dziecko musi być operowane. Jak najszybciej.

Dziewczyna zbladła i przycisnęła synka do siebie tak mocno, że ten stracił oddech.

– Ale… – zaczęła, patrząc na lekarza z przerażeniem.

– Nie ma żadnego „ale”. Zapisałem już chłopca na zabieg. Jutro o dziewiątej rano. Proszę przejść z nim teraz do sali numer osiem i tam go zostawić.

– Ale… ja chciałabym z nim zostać do rana… – wyszeptała, a chłopczyk uczepił się nadziei, że mówią o jakimś innym „nim”. O innym dziecku.

– Pokój dla matki z dzieckiem kosztuje sto złotych za dobę – lekarz zawiesił głos. Dziewczyna spuściła głowę. Nie miała nawet połowy tej kwoty. – Sala numer osiem. Jutro rano, po operacji, może go pani odwiedzić.

Odszedł, nie obejrzawszy się już ani na matkę, ani na chłopca. Ale co sobie w duchu pomyślał o patologii, której powinno się odbierać tak zaniedbane dzieciaki, to już jego.

Dziewczyna zaś wstała, cały czas tuląc do siebie synka. Odnalazła salę numer osiem – ładny, jasny pokoik z dwoma łóżeczkami. Posadziła Piotrusia na jednym z nich i powiedziała:

– Musisz tu zostać, synuniu. Ale mama wróci do ciebie z samego rana.

Potem długo próbowała wyswobodzić się z czepiających się jej rozpaczliwie rączek dziecka i wreszcie, łykając łzy i przyrzekając raz po raz: „Mamusia wróci po ciebie jutro rano”, wybiegła. Z pokoju. Ze szpitala…

Chłopczyk został sam. Płakał. Na początku cichutko, tak jak zawsze, gdy działa mu się krzywda, potem coraz głośniej. Po prostu nie mógł inaczej.

– Mamusiu! Mamusiu! – Niosło się szpitalnym korytarzem, aż wreszcie do pokoju wpadła pielęgniarka, pochyliła się nad dzieckiem, które natychmiast się skuliło, chowając głowę w ramiona, i wysyczała:

– Jeśli się natychmiast nie uspokoisz, to porwie cię diabeł i zamknie w czarnej dziurze!

Chłopczyk zmartwiał.

Patrzył na purpurową, spoconą twarz kobiety wielkimi, niebieskimi oczami, wypełnionymi takim przerażeniem, że ta zawstydziła się w duchu swoich słów. Burknęła:

– No, tak już lepiej, jeśli będziesz grzeczny, mama do ciebie szybko wróci.

I wyszła.

Chłopczyk zaś pozostał tak, jak go zostawiła. Sztywny ze strachu, z rączkami wyciągniętymi wzdłuż chudego ciałka i wielkimi oczami wbitymi w drzwi, w których mógł w każdej chwili pojawić się diabeł. Albo doktor. Ale też mama…

Przeleżał bez ruchu do świtu. Cichy. Tak cichy, że ta sama pielęgniarka kilka razy sprawdzała, czy nic mu nie jest. Nad ranem kazała mu wstać. Spodnie szpitalnej piżamki były mokre. Prześcieradło i kołdra również. Pielęgniarka znów spurpurowiała na twarzy.

– Matka nie nauczyła cię korzystać z ubikacji? Taki duży chłopak i zasikał całe łóżko!

Chłopczyk tylko na nią patrzył, a oczy niemal wychodziły mu z orbit.

„Głupek jakiś”, pomyślała kobieta, która już dawno powinna zostać wyrzucona z pracy, ale że miała jakieś układy z dyrektorem szpitala, nikt nie śmiał się na nią poskarżyć. Przebrała dziecko, nie trudząc się nawet obmywaniem z moczu jego nóżek i pupy, po czym pociągnęła je za sobą do gabinetu zabiegowego, posadziła na tym samym krześle, na którym wczoraj siedział z mamą, i skinęła na drugą pielęgniarkę.

– Przytrzymaj mi go.

Na widok igły chłopczyk przełknął głośno ślinę, ale gdy zakładały mu wenflon, nawet nie pisnął. Zaczął się tylko trząść z zimna i przerażenia, narastającego do granic wytrzymałości.

– No już, już, uspokój się – druga pielęgniarka pogładziła go zdawkowo po głowie. – To dzieciak tej… – szepnęła słowo, którego chłopczyk by nie zrozumiał, nawet gdyby je usłyszał. Ta pierwsza skinęła głową.

Do gabinetu wjechało łóżko na kółkach. Pielęgniarki położyły na nim dziecko, spojrzały na siebie, widząc jego chude, trzęsące się ramionka, a potem powiozły przez niekończące się korytarze na salę przedoperacyjną. Tam w końcu podano chłopcu środek uspokajający i jego biedne, udręczone ciało mogło wreszcie odetchnąć.

 

– Mamusiu – chciał wyszeptać, półprzytomny po narkozie, ale gardło otarte rurką intubacyjną nie przepuściło nawet jednego słowa. Miejsce, gdzie się znajdował, było ciche, światło przyciemnione, a dookoła coś pikało i syczało złowrogo. Dziecko zakwiliło z bólu i strachu. Natychmiast pojawiła się przy nim pielęgniarka.

– Obudziłeś się, Piotrusiu? Boli?

Chłopczyk spojrzał tylko na nią wielkimi, niebieskimi oczami, z których na poduszkę skapywały łzy. Kobieta dodała do kroplówki środek przeciwbólowy i dziecko ucichło. Zasnęło z małą nadzieją w małym sercu, że gdy się obudzi, koszmar się skończy, mama wróci i zabierze go do domu. Ale ta nadzieja zaczęła umierać już od następnego ranka. I umierała tak od długich tygodni…

 

Co czuje mały, czteroletni chłopczyk, którego mama przywiozła do szpitala i więcej się nie pojawiła? Gdy mija ból pociętego i pozszywanego ciała, pozostaje cierpienie nie do wyobrażenia: cierpienie porzuconego dziecka. Najpierw jest wyczekiwanie dzień po dniu, godzina po godzinie, że może zaraz, już za chwilę, mama stanie w drzwiach sali numer osiem i wrócą do domu. Ale gdy nadchodzi noc i światła na oddziale dziecięcym gasną, przychodzi rozpacz tak wielka, że chłopczyk krzyczałby na głos z tej rozpaczy, lecz leży cicho, pamiętając groźbę pielęgniarki. I tylko po policzkach spływają mu łzy, a z gardła wyrywa się szept, niemilknący aż do rana:

– Mamusiu… mamusiu…

Rano salowa przynosi mu śniadanie, ogarnia mały pokój, nakłada dziecku na pupę nowego pampersa – tak, chłopczyk znów nosi pieluchy, bo „to ten dzieciak, co się moczy”, a przecież nie będą zmieniać mu pościeli dzień w dzień. Potem zaczyna się szpitalna codzienność: obchód lekarski, kiedy to do sali wchodzi kilka osób. Któraś z nich bierze kartę pacjenta, ktoś pyta, czy matka dziecka w końcu się po nie zgłosi, kto inny zadaje retoryczne pytanie, „Ile jeszcze będziemy go tu trzymać?”. Wychodzą, nawet nie patrząc na chłopczyka.

A on leży cicho i spogląda przez oszklone drzwi na przechodzących korytarzem ludzi. Z nadzieją, że którąś z tych osób będzie jego mama. Ale są tylko mamy innych dzieci…

Przynoszą mu obiad. Zjada wszystko. Wypija kompot. I znów czeka. Aż do wieczora, do kolacji. Nadzieja powoli gaśnie w małym sercu. Dziś mama nie przyjdzie. Gasną światła. Po chudych policzkach chłopczyka zaczynają płynąć łzy. Rozpacz dławi gardło, z którego wydobywa się cichutki jęk:

– Mamusiu…

Koszmar dziecka trwa. I nie chce się skończyć. Jego mama nie wraca…

 

Dodatkowe Informacje

Typ pliku MOBI / EPUB
Rozmiar pliku 50 mb
Ilość stron 312

Bazując na 0 ocenach

0.0 średnio
0
0
0
0
0

Tylko zalogowani mogą napisać opinie.

Ten produkt nie ma jeszcze opinii.

Możesz lubić także…